piątek, 23 września 2016

Dzielne tatusiowanie


Jakiś czas temu zająłem się sprawą orzekania o alimentach i problemami z tego wynikającymi, dochodząc ostatecznie do wniosku, że świat nie jest czarno-biały a życie bogatsze niż wyobraźnia scenarzystów telenowel. Do powrotu do tematu konfliktoworozowodowego skłoniła mnie zaś przeczytana gdzieś wypowiedź, że jak mówią statystyki tylko 4% ojców otrzymuje prawo opieki nad dzieckiem, z czego wyprowadzono wniosek, że to dlatego, że sądy są stronnicze, faworyzują matki, dyskryminują ojców, a samiec ich wróg. No cóż. Ze statystyką nie ma co dyskutować, warto jednak zapytać czy naprawdę przyczyny owej dysproporcji są właśnie takie. I jak to naprawdę jest z tymi ojcami w sprawach rozwodowych.
 
W rzeczywistości jednak wyjaśnienie przyczyny tak znacznej dysproporcji nie wymaga tworzenia teorii spiskowych, odwoływania się do feminizacji zawodu sędziowskiego, stronniczości sędziów, mafii biegłych z RODK i takich tam ozdobników. Ojcowie po prostu nie garną się do tego, by dzieci po rozwodzie pozostały przy nich, w związku z czym w przeważającej większości przypadków pozostawienie dzieci przy matce następuje za zgodą bądź wręcz na wniosek ojca. Prawdę mówiąc nie wiem, czy są jakieś oficjalne statystyki w tej kwestii, ale ja w ostatnim roku przypadki, w których ojciec chciał, żeby dziecko zostało przy nim mógłbym policzyć na palcach jednej ręki. Nie wiem nawet czy to było choćby tylko 10% wszystkich spraw. I mniej więcej to samo usłyszałem od koleżanek i kolegów sędziów, którzy także orzekają w sprawach rozwodowych. Lamentowanie zatem, że sądy przyznają prawo opieki nad dzieckiem tylko 4% ojców jest więc jak narzekanie że jurorzy nie przyznają im nagród w konkursach, w których w ogóle nie startowali. I oczywiście, wiem że to dlatego, że ojcowie "nie chcą zaogniać konfliktu", "obawiają się represji przez izolację od dzieci", "są odwodzeni od pomysłu przez stronniczych psychologów", "nie wierzą w to, że mają szansę bo sądy są sfeminizowane" i takie tam. Może to i jest prawda, ale nie zmienia to faktu, że jak ktoś nie startuje w konkursie bo nie chce zaogniać przyjaznych stosunków z konkurentami, albo dlatego że uważa, że i tak nie wygra to niech potem nie ma pretensji że nie zdobył nagrody.

Do tego dodać należy fakt, iż nie we wszystkich sprawach, w których pojawia się spór między rodzicami co do tego, przy kim powinno zamieszkiwać dziecko kwalifikuje się do kategorii "równorzędnych pojedynków", gdzie można by w ogóle mówić, że wynik jest wynikiem sympatii czy antypatii sędziego. Kogo bym nie pytał wszystkim zapadają w pamięci głównie przypadki, w których do "walki o dziecko" stawał ojciec, którego ten sam vox populi, który potępia "sfeminizowane sądy rodzinne" uznałby za nie kwalifikującego się do przyznania mu opieki nad dzieckiem. Oczywiście o ile vox populi otrzymałby całość informacji na jego temat, a nie tylko płaczliwą historię o wielkiej miłości rodzicielskiej i złym sądzie która odbiera mu szansę na bycie ojcem. Historie, które usłyszałem spowodowały, że zacząłem się zastanawiać, czy ci ojcowie byli zaślepieni miłością rodzicielską, obdarzeni totalnym brakiem krytycyzmu, czy też po prostu postanowili z zasady nie zgadzać się na nic co proponuje żona i żądać opieki nad dziećmi tylko po to, żeby jej dopiec. Z przykładów najbardziej drastycznych słyszałem o sytuacji, gdzie do walki o dziecko stanął ojciec prawomocnie skazany za znęcanie się nad tymże dzieckiem. Oczywiście jego zdaniem wyrok był skandaliczny, sędzia był stronniczy, a świadkowie kłamali bo on nigdy ręki na dziecko nie podniósł, ale nie zmienia to faktu, że jeśli wyrok skazujący jest prawomocny to wiąże on sąd cywilny co do ustalenia faktu popełnienia przestępstwa. Uzasadnienie zaś, że przyznanie opieki nad dzieckiem znęcaczowi będzie zgodne z dobrem dziecka wymagałoby naprawdę wielkiej ekwilibrystyki prawniczej. Równie ciekawie musiałoby wyglądać uzasadnienie wyroku w sprawie, w której miejsce zamieszkania dziecka ustalono by przy ojcu aktualnie nieprawomocnie skazanym na karę kilkuletniego bezwzględnego pozbawienia wolności, i mającego jedynie nadzieję, że apelacja to zmieni, ewentualnie nadzieję na to, że sprawowanie opieki nad dzieckiem będzie mu policzone przy staraniu się o odroczenie wykonania kary. Z lżejszych przypadków trafiały się wnioski o ustalenie miejsca zamieszkania dziecka w każdorazowym miejscu zamieszkania ojca, który nie posiadał stałego miejsca zamieszkania, albo ojca który z racji robienia kariery większą część roku przebywa "w rozjazdach", w związku z czym z góry planuje, że podrzuci dzieciaka swoim rodzicom i to oni będą sprawować nad nim opiekę. Nie jest zatem tak, że odmowa uwzględnienia wniosku o ustalenie miejsca zamieszkania dziecka przy ojcu jest powodowana tylko założeniem, że matka jest lepsza od ojca bo to matka, a matka jest tylko jedna.

Oprócz narzekania na to, że sądy dyskryminują ojców przy ustalaniu miejsca zamieszkania dziecka słyszy się czasem także narzekania na "bycie weekendowym tatą", ponownie w kontekście tego że zły sąd nie rozumie potrzeb dziecka i ogranicza jego kontakty z ojcem. I ponownie muszę przyznać że nie do końca rozumiem o co w tym wszystkim chodzi. Bo jak dotąd wydawało mi się, że podobnie jak i w przypadku decyzji o miejscu zamieszkania dziecka, regulowanie kontaktów w przeważającej większości spraw następuje w sposób zgodny z wnioskiem lub zaakceptowany przez ojca. Jeżeli trafiają się jakieś spory to tyczą się one zazwyczaj szczegółów, sposobu spędzania świąt (czy Boże Narodzenie na przemian co drugi rok z każdym z rodziców czy może pół u jednego pół u drugiego), podziału wakacji (po miesiącu czy co dwa tygodnie), czy też konkretnych godzin odbioru i odprowadzenia dzieci (np. czy do 18:00 czy do 20:00). Tak zwane kontakty bieżące to zaś zwykle standardowo jedno popołudnie po szkole i co drugi weekend. I naprawdę rzadko zdarza się, aby ojcowie domagali się czegoś więcej. Wyjątkowo trafia się na przykład żądanie, aby kontakt w dzień tygodnia był "z nocowaniem" czyli nie od 15:00 do 18:00 tylko od 15:00 do odprowadzenia do szkoły następnego dnia. Żeby nie było tak że mama jest ta zła, która budzi rano i odwozi do tej nudnej szkoły, a tata ten dobry co zabiera do macdonalda i kupuje zabawki. Zresztą bywa i tak, że taki "dzielny tata" oczekuje, że nie będzie musiał nocować dziecka u siebie także w weekendy, tylko będzie je na noc odprowadzał do matki. A kontakty w wakacje rozumie jako wykupienie trzytygodniowego obozu, odebranie dziecka od matki i odwiezienie go do autokaru. Albo zawiezienie go do dziadków, którzy "odbębnią za niego" wakacje z dzieckiem. Zdarzają się oczywiście także "przegięcia" w drugą stronę, gdzie zakres żądanych kontaktów jest tak szeroki, że sprowadza się w zasadzie do zastrzeżenia, że dziecko spędza większość czasu z ojcem, i oddawane jest matce tylko do umycia i przebrania.  Jak widać zatem świat nie jest wcale taki czarno-biały, gdzie po jasnej stronie mocy stoją dzielni tatusiowie a po ciemnej złe matki wspierane przez sfeminizowane sądy rodzinne.

Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, iż gros skarg związanych z kwestią porozwodowych kontaktów z dziećmi tyczy się nie sposobu ich ustalania, ale ich praktycznego wykonywania. Inaczej mówiąc tego, że orzeczenia sądów w tym przedmiocie nie są wykonywane, zaś ich egzekucja kuleje. Tej kwestii nie chciałbym jednakże poruszać, gdyż generalnie leży ona poza moimi kompetencjami. Nigdy nie byłem sędzią rodzinnym, nie zajmowałem się kontrolą wykonywania kontaktów, ani ich egzekucją, nie mam też dostatecznej wiedzy w kwestii tego jak uzgadniane przez rodziców rozwiązania sprawdzają się w praktyce. Jedyne co do mnie dociera to historie, po usłyszeniu których nie zawsze wiem co myśleć, poza tym że tu też życie nie jest czarno-białe. Z jednej strony słyszę bowiem historie o matkach, które żądają pieniędzy za "przygotowanie dziecka do spotkania z ojcem", a z drugiej strony o ojcach, którzy przy okazji każdego kontaktu urządzają dziecku "tour de fastfood" chociaż wiedzą, że dziecko jest na diecie bo ma paręnaście kilo za dużo. To zaś jest kolejny argument żeby może skończyć z tym czysto chrześcijańsko-narodowo-ideologicznym pomysłem żeby sprawy rozwodowe sądziły sądy okręgowe, do których grzesznikom będzie trudniej dojechać - i zwrócić je tam gdzie ich miejsce, czyli do rejonowych sądów rodzinnych, albo chociaż przekazać je do wyspecjalizowanych wydziałów rodzinnych w sądach okręgowych. Bo orzekanie w sprawach rodzinnych wymaga czegoś więcej niż tylko znajomości przepisów i umiejętności ich stosowania. No cóż, może wreszcie zrozumie to ktoś poza sędziami orzekającymi w takich sprawach i podejmie adekwatne działania. W miarę możliwości bez przeprowadzania kolejnej "reformy". No chyba, że "reforma" będzie polegała na odebraniu sędziom kompetencji podejmowania decyzji w sprawach opiekuńczych i przekazaniu jej odpowiedniemu urzędowi do spraw rodziny i dzieci, bezpośrednio podległemu ministrowi i wykonującemu jego polecenia. Skoro bowiem politycy lepiej wiedzą kiedy odbierać dzieci a kiedy nie... to niech pokażą jak to się robi.

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Dokumenty


Kontynuując temat porad praktycznych dla nowego narybku sądowego postanowiłem napisać parę słów o najpopularniejszym rodzaju dowodu, czyli o dowodach z dokumentów. Dokumentem jest w zasadzie - niezależnie od różnych doktrynalnych rozróżnień - wszystko, co jest nośnikiem informacji. Zapisany papier, nagrana na płycie rozmowa, zdjęcia, nawet zapis rozmowy na facebooku czy tinderze (ostatnio popularne w sprawach rozwodowych). Wszystko to też (o ile ustawa nie stanowi inaczej) może być dowodem w sprawie sądowej, i to niezależnie od tego jak weszliśmy w posiadanie tychże dowodów. Procedura cywilna nie zna owoców zatrutego drzewa, kompletnie chybione są więc wszelkie wnioski o oddalenie wniosków dowodowych z dokumentów "jako uzyskanych nielegalnie" czy też "z naruszeniem dóbr osobistych" choćby wniosek ten poparto powołaniem się bezpośrednio na przepisy Konstytucji. Zasadniczo zatem podprowadzenie mężowi tableta i skopiowanie dla celów dowodowych jego rozmowy z "blondi kocicą" obejmującej opisanie ze szczegółami kto, komu, co i gdzie włoży jak tylko znowu się spotkają jest może i nieprzyzwoite, ale proceduralnie bez zarzutu. Oczywiście rozwój technik komputerowych, poza ułatwianiem uprawiania (jak i udowadniania) wykroczeń przeciwko szóstemu Przykazaniu ułatwia także uzupełnianie braków dowodowych poprzez tworzenie brakujących dokumentów, ocena wiarygodności dowodów to jednakże temat na zupełnie inne rozważania. To na co tutaj chciałbym zwrócić uwagę to to, dowodem czego tak w zasadzie są te wszystkie dokumenty. Bo z tym niektórzy mają bardzo poważny problem.

Kodeks postępowania cywilnego wyróżnia dwa szczególne rodzaje dowodów z dokumentu: dowód z dokumentu urzędowego (art. 244 kpc) i dowód z dokumentu prywatnego (art. 245 kpc). Ten pierwszy wystawiany jest przez uprawniony organ (choć nie tylko) i zaświadcza, że to co w nim napisano to jest prawda. Oczywiście tylko w zakresie, w jakim tenże organ ma prawo to zaświadczyć, np, notarialny protokół stawiennictwa poświadcza tylko to, że ktoś się stawił i coś oświadczył, a nie to że to co oświadczył to jest prawda. Dokument prywatny zaś stwierdza tylko to, że osoba pod nim podpisana twierdzi to, co jest w dokumencie napisane. Ponownie zatem pisemne oświadczenie administratora że dach przecieka jest dowodem tego, że administrator twierdzi, że dach przecieka, a nie tego, że faktycznie tak jest. Oczywiście z faktu że administrator tak twierdzi możemy wyprowadzać dalsze twierdzenia, w oparciu o inne dowody i doświadczenie życiowe, i ostatecznie po wszechstronnym itd. stwierdzić, że udowodniono że dach przecieka, ale nie zmienia to faktu, że rzeczone oświadczenie dowodzi tylko tyle, ile dowodzi zgodnie z art 245 kpc. To samo tyczy się np faktur VAT - są one dowodem wyłącznie tego, iż osoba, która taką fakturę wystawiła twierdzi, że istnieje zobowiązanie stanowiące podstawę do wystawienia takiej faktury VAT. Nie są one natomiast wprost dowodem tego, że towar dostarczono, że kosztował tyle, ile na niej wpisano, a nawet tego, że w ogóle była jakaś umowa. Warto, żeby niektórzy o tym nie zapominali, i pamiętali że oprócz faktury warto jest załączyć do pozwu także umowę. Powinni też pamiętać o tym, że wezwanie do zapłaty samo z siebie jest dowodem tylko tego, że sporządzono wezwanie do zapłaty, nie dowodzi ono natomiast ani tego, że wskazana w nim kwota się należy, ani nawet tego, że dłużnik faktycznie został do zapłaty wezwany.

Przeważająca ilość dokumentów to jednakże dokumenty nie zaliczające się ani do dokumentów urzędowych ani do dokumentów prywatnych, a zaliczają się do nich wszystkie dokumenty nieurzędowe nie opatrzone podpisem. Tego rodzaju dokumenty są w zasadzie dowodem wyłącznie własnego istnienia, a w przypadku kserokopii czy odpisów - dowodem istnienia oryginału. Z faktu istnienia takich dokumentów można oczywiście - ponownie - wyprowadzać dalsze wnioski co do prawdziwości dalej idących twierdzeń faktycznych, nie zmienia to jednakże tego, iż kserokopia ekranu tableta z zapisem rozmowy "siwego ogiera" z "blondi kocicą"dowodzi tylko faktu wykonania takiej kserokopii i pośrednio istnienia oryginału, z którego kopię wykonano. Jeżeli jednak podczas rozprawy "siwy ogier" (czy jak to czasem bywa "łysawy kucyk") ograniczy się do zaprzeczania aby miał coś wspólnego z jakimiś kocicami to z faktu istnienia takiej kserokopii, można będzie wyprowadzić wniosek, że istniał oryginał, a z tego wniosku dalszy wniosek, że takowa rozmowa się odbyła i miała treść jak skserowano. I na tym kończą się możliwości udowodnienia czegokolwiek przy pomocy takiego dowodu. Ewentualne dalsze wnioski, znaczy się że pozwany ogier zrobił sobie z szóstego przykazania spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością to już ocena prawna stanu faktycznego wykazanego przy pomocy zgłoszonych dowodów. O ile oczywiście wykazany zostanie, bo zasadniczym problemem z tymi dokumentami "trzeciego rodzaju" jest problem ich wiarygodności. W obecnych czasach stworzenie przekonywającego zestawu wydruków emaili od kochanka, czy nawet "screenu" z zapisem niemoralnych propozycji składanych na facebooku nie przedstawia żadnego problemu nawet dla średnio rozgarniętego użytkownika komputera. To jednakże - ponownie - temat na zupełnie inne rozważania.

Z jakiegoś nie do końca dla mnie zrozumiałego powodu niektórzy próbują dodatkowo wywodzić, iż dokumenty dzielą się dodatkowo na "poświadczone" i "niepoświadczone", w skrajnych przypadkach wywodząc nawet, że niepoświadczone kserokopie w ogóle nie są dowodami i ich nie ma. Wiele razy widziałem wnioski o "pominięcie dowodów" jako niepoświadczonych, oczywiście z nieodłącznym zastrzeżeniem, że tenże "brak dowodowy" nie może być uzupełniony wobec treści art 207 kpc, bo dowody powinny być złożone od razu przy pozwie. Jak to się ma do faktu, że kodeks zezwala na złożenie kopii dokumentów (bez określenia czy poświadczonych czy nie), dając drugiej stronie jedynie prawo żądania przedstawienia oryginałów zazwyczaj państwo mecenasostwo nie wyjaśnia. Musze też przyznać, że osobiście nie rozumiem tego kultu poświadczeń, choć wydaje mi się, że wiąże się on jeszcze z dawnym kultem pieczęci - jak coś jest z pieczątką to jest ważne. W rzeczywistości przecież (i nie należy o tym zapominać) jedyne, co poświadcza takowe "poświadczenie za zgodność" to właśnie zgodność z oryginałem, a dokładniej to to, że osoba która poświadczyła za zgodność oświadcza, iż widziała oryginał, z którym kopia jest zgodna. W tym zakresie zatem staje się on dodatkowo dokumentem prywatnym, lecz od takiego poświadczenia dokument nie staje się ani ważniejszy, ani bardziej wiarygodny. Ktoś, kto sfałszował dokument z pewnością bowiem nie będzie miał skrupułów przed zaświadczeniem, że jest on autentyczny. Poświadczenie zaś kopii przez notariusza nie uczyni tej kopii dokumentem urzędowym, niezależnie od tego co pewien mecenas kiedyś próbował mi wmawiać. 

Na koniec zaś warto wskazać, że zasadniczy problem z dowodami z dokumentów jest zaś taki, że tych dowodów zazwyczaj jest w aktach za dużo, bo większość z nich jest totalnie nieprzydatna dla ustalenia czegokolwiek istotnego. Gdy kiedyś nadzorowałem "brakowanie archiwum" czyli kierowanie na makulaturę starych akt, to większość akt liczyła jeden tom, wyjątkowo jakiś jeden podział majątku (po rewizji i uchyleniu) liczył sobie tomów półtora. W aktach było tylko tyle ile trzeba, żadnej zbędnej makulatury. Dzisiaj natomiast wydaje się że obowiązuje zasada "skseruję wszystko co mam i niech sąd sobie coś z tego wybierze". W zasadzie można spokojnie stwierdzić, że co najmniej połowa dokumentów składanych do akt jest totalnie nieprzydatna do czegokolwiek. Jeżeli zaś mamy pecha i przeciwko sobie staną dwie kancelarie typu "dwa hamerykańskie nazwiska" to możemy się spodziewać trzech tomów pozwu i kolejnych czterech tomów załączników. I tego samego od drugiej strony. Może więc najwyższy czas wrócić do przedwojennych rozwiązań i wprowadzić progresywną opłatę od załączników, bo z pewnością szybkość postępowania by na tym zyskała. Na razie jednak musimy poprzestać na samoprzylepnych zakładkach. I spokojnie, wiele ich nie zużyjemy. Pewnego razu pisząc uzasadnienie stwierdziłem, że w 4 tomach załączników, liczących łącznie 800 kart znajdują się dokładnie 22 karty dokumentów mających znaczenie dla sprawy i istotne dla rozstrzygnięcia. Złożenie reszty służyło zaś chyba tylko zaspokojeniu wewnętrznej potrzeby składającego pozew, albo uzasadniało wysokość faktury wystawionej przez kancelarię. Szkoda tylko że ja nie mogłem rzeczonej kancelarii wystawić faktury za mój czas poświęcony na odsiewanie ziarna od plew.